Jeszcze jakiś czas temu w ogóle nie miałam pojęcia o tym czym jest tint. Gdy tylko uzupełniłam wiedzę na ten temat, okazało się że coś takiego u nas nie było zbyt dostępne. Dodatkowo polecane przez dziewczyny kosmetyki tego typu były naprawdę z wysokiej półki więc odpuściłam sobie. Potem przyszło wariactwo na kremy BB i azjatyckie kosmetyki. Znalazłam tint za około 30 zł i stwierdziłam, że muszę go wypróbować.
Tinty najczęściej mają dość luźną i lejącą się konsystencję. Czasem ich opakowania przypominają nieco lakier do paznokci lub flamaster. Ten o którym napiszę Wam dziś jest w formie sztyftu - jak pomadka. Jakie jest zadanie tintu? Zwykle barwnik ma wnikać w głębsze warstwy ust, przez co trwałość produktu jest zdecydowanie lepsza. Niektóre z nich nie zostawiają śladów ani nie dają się rozetrzeć. Brzmi obiecująco, prawda?
Obietnice producenta:
Lśniący, miętowy sztyft, który zmienia kolor od bladego różu po intensywną fuksję. Można nim także uzyskać odcienie pomiędzy tymi kolorami zależnie od preferencji. Tint ma filtr SPF 13.
Opakowanie:
Szczerze mówiąc kartonik zupełnie mi się nie podoba, a to dlatego że jest zbyt młodzieżowy i kojarzy mi się z subkulturą emo (między innymi przez motyw z czaszką z oczami w serduszka itd.). Samo opakowanie tintu jest już dużo mniej krzykliwe i dość porządnie wykonane. Ja przynajmniej nie mam do niego żadnych zarzutów - wszystko działa jak trzeba. Czytałam za to, że napis i gwiazdki lubią się ścierać po jakimś czasie. U mnie to póki co jak widać nie ma miejsca.
Konsystencja:
Bardzo przyjemna w aplikacji. Rozprowadzanie tego kosmetyku można porównać do używania balsamu do ust.
Kolor:
Sztyft ma kolor jasno turkusowy, ale zmienia się gdy tylko posmarujemy nim usta. Tak jak zapewnia producent, można uzyskać odcienie od różu do fuksji. Zależnie od nastroju i potrzeb można stopniować intensywność koloru. Im więcej warstw, tym oczywiście kolor jest ciemniejszy. Ponadto bardzo ładnie dopasowuje się do ust.
Wykończenie:
Trochę błyszczące, prawie jak przy użyciu błyszczyka. Nie klei się, nieźle nawilża, nie podkreśla suchych skórek.
Trwałość:
Jak każdy tint, trzyma kolor nawet po jedzeniu czy piciu. Co prawda błyszcząca warstwa szybko schodzi np. podczas jedzenia, ale same usta są cały czas napigmentowane barwnikiem. Jako, że nie jest to typowy tint w płynnej formie, wcześniej wspomniana warstwa może zostawiać ślady i się rozmazywać.
Zapach:
Nie nazwałabym go miętowym, jest raczej słodki. Bardzo ładny i przyjemny.
Skład:
Jako, że nie znam koreańskiego niestety nie jestem w stanie rozszyfrować składu.
Plusy:
- całkiem przystępna cena
- filtr SPF 13
- możliwość stopniowania koloru
- doskonała trwałość
- nie podkreśla suchych skórek
- piękny efekt lekkiego połysku
Minusy:
- póki co brak
Opakowanie: 4/5
Zapach: 5/5
Wydajność: 5/5
Trwałość: 5/5
Ocena końcowa: 5/5
Wcześniej planowałam zakup podobnego tintu ale marki Holika Holika. Teraz bardzo się cieszę, że wybrałam tańszy produkt. Zdecydowanie spełnia moje wymagania. Rozprowadzanie go na ustach to sama przyjemność. Tint daje pięknie, dyskretnie błyszczące wykończenie. Znika ono po jakimś czasie, ale kolor na ustach zostaje aż do momentu zmycia makijażu. Ponadto w przeciwieństwie do innych tego typu kosmetyków nie wysusza ust. Oprócz kartonika, który mi się nie podoba nie ma w moim mniemaniu żadnych wad. Gorąco polecam! Uwielbiam ten kosmetyk.
Mam jeszcze trzy inne tinty, które opiszę Wam za jakiś czas. A Wy miałyście już do czynienia z takim kosmetykiem - podobało Wam się?