Lubicie produkty wielozadaniowe? Ja tak. Mało tego, mam słabość do róży. Kiedy firma Etude House wypuściła kolekcję "Dreaming Swan", nie wywołała ona we mnie jakiegoś szczególnego entuzjazmu. W końcu ile można się zachwycać księżniczkowatymi, pastelowymi produktami? Tym razem opakowania ozdobiły ilustracje Kerrie Hess, Australijki która współpracowała z magazynami takimi jak Vogue, czy Harper's Bazaar. Największą popularnością cieszyły się róże do policzków, więc sama zdecydowałam się sięgnąć po jeden z nich. Czy okazał się hitem, czy tylko średnim produktem w ładnym opakowaniu? O tym poniżej.
Róż, który dla siebie wybrałam, to #05 en haute pink. W tekturowym pudełeczku znajduje się aluminiowy słoiczek, który mieści 9 g produktu. Każdy róż ma inne ilustracje i inne tłoczenia. We wszystkich znajdują się folijki ochronne i puszki. Puszek jest cudny - przyszyto do niego wstążkę zakończoną kokardką i materiałem przypominającym ten od tutu baletnic. Jest mięciutki i pięknie wygląda, ale nie odważyłabym się go używać. Jedyne, co mogę zarzucić opakowaniu, to schodząca farba w miejscu, w którym zakręca się słoiczek. Nie widać tego na zdjęciach, więc musicie mi uwierzyć na słowo.
Producent obiecuje, że dzięki zawartej w różu pudrowej bazie, powinien zakrywać pory i dawać efekt ładnego rozmycia. Brzmi ciekawie, szczególnie dla osób z tłustą skórą. Ja takowej nie posiadam i nie zauważyłam żadnego przesuszenia na policzkach. Wydaje mi się więc, że jest to produkt dla każdego, bez względu na typ cery.
Wybrany przeze mnie kolor jest ciepło-różowy, ze złotymi drobinkami. (Niektórzy porównują go nawet do różu Nars w odcieniu Orgasm). Na szczęście mój egzemplarz nie jest brokatowy, a drobinki nie wyglądają tandetnie. Powiedziałabym, że wykończenie ma raczej satynowe. Jest dość mocno napigmentowany, więc trzeba uważać żeby z nim nie przedobrzyć. Ma jedwabistą konsystencję, dzięki czemu nie osypuje się i łatwo się go rozciera. Na policzkach wytrzymuje cały dzień.
A jak sprawuje się jako cień do powiek? Praktycznie tak samo. Przez to, że odcień jest dość intensywny, nie trzeba się bawić pół dnia, żeby był widoczny. Nawet na moich tłustych powiekach trzyma się więcej niż 8 godzin.
Jak widać i ja dałam się zauroczyć tym różem. Naprawdę trudno jest się do czegokolwiek przyczepić. Oprócz tej schodzącej farby jedyny dodatkowy mankament, jaki przychodzi mi do głowy, to brak lusterka. Chociaż przyznam, że mi ono nie jest potrzebne i nie robi mi różnicy, czy ono tam jest czy go nie ma. To świetny, dwuzadaniowy kosmetyk o naprawdę urokliwym odcieniu. Nie sprawia żadnych problemów przy aplikacji, ani podczas noszenia i ma całkiem przystępną cenę. Z drugiej strony nie jest to produkt, który wg mnie każda kobieta powinna mieć. Jest wiele tańszych, pięknych róży które są dużo łatwiej dostępne. Ten niestety będzie Wam trudno upolować. Pochodzi z limitowanej edycji i większość odcieni została już wyprzedana. Rozumiem czemu okazała się takim hitem.
Mieliście już jakieś róże Etude House? Podoba się Wam taki nieco infantylny wygląd kosmetyków kolorowych?