Przez polską blogosferę jakiś czas temu przewinęła się moda na markę Lush. Mnie to jakoś ominęło. Oczywiście byłam ciekawa ich produktów, wiedziałam mniej więcej co oferują i jakie zbierają pozytywne opinie, ale jako że w Polsce nie można było ich kupić, to sobie darowałam. Nie nęciły mnie nigdy jak kosmetyki koreańskie, żeby je specjalnie sprowadzać z zagranicy. Jednak podczas mojego pobytu w Moskwie przypadkiem natknęłam się na sklep Lush, więc postanowiłam wejść i zobaczyć o co tyle hałasu. Niestety nie bardzo rozumiałam do czego jest dany kosmetyk, bo wszystko było napisane po rosyjsku. Nie miałam też zbyt dużo czasu na pytanie męża o każdą rzecz. Pomyślałam o tym, co najbardziej mi się przyda i od razu przypomniała mi się nazwa "Angels on Bare Skin". Wbiło mi się do głowy, że to dość delikatny peeling i że wiele dziewczyn go polecało. Powiem też szczerze, że pewnie przygarnęłabym coś jeszcze, ale ceny skutecznie mnie do tego zniechęciły.
I tak oto w moje ręce trafił kultowy już kosmetyk marki Lush. Wg producenta jest on inspirowany średniowieczną recepturą i składa się z samych naturalnych składników. Najważniejsze z nich, to: zmielone migdały oraz kwiaty lawendy (delikatnie złuszczają), kaolin (biała glinka - oczyszcza i absorbuje sebum), olej lawendowy (koi skórę, przywraca jej równowagę) i absolut różany (łagodzi zaczerwienienia). Dodatkową zaletą jest fakt, że Angels on Bare Skin można stosować również na całe ciało.
Jak go używać? Wystarczy naprawdę niewielką ilość kosmetyku nanieść na dłoń, dodać odrobinę wody aż wytworzy się coś w rodzaju pasty i masować skórę. Poniżej filmik.
Nie wiem czemu moje opakowanie wygląda zupełnie inaczej niż te amerykańskie, czy angielskie - jest z przezroczystego plastiku, a nie czarnego. Z tego co pamiętam jest w nim też więcej niż 100 g (chyba 130 g). Na jego spodzie znajduje się typowa dla Lush naklejka z imieniem osoby, która przygotowała kosmetyk, oraz data jego ważności. Zwykle są to trzy miesiące od daty produkcji. W przypadku mojego egzemplarza data ta znajduje się też na wieczku.
Zapach jest bardzo intensywnie lawendowy, ale czuć w nim też nieco pozostałe olejki. Kojarzy mi się z relaksem i zdecydowanie umila używanie produktu. Wiem, że sporo osób nie toleruje lawendy ale ja na szczęście do nich nie należę.
Podoba mi się również, że widać kwiaty lawendy. Nie dość, że mają one praktyczne zastosowanie (złuszczające), to dodatkowo cieszą oko. Nie jest to taki wymuskany, idealnie wyglądający kosmetyk, jak te kupowane w drogeriach - widać, że to ręczna robota.
A oto skład:
Ground Almonds, Glycerine, Kaolin Water (Aqua), Lavender Oil, Rose Absolute, Chamomile Blue Oil, Tagetes Oil, Benzoin Resinoid, Lavender Flowers, Limonene, Linalool.
Czy światowy bestseller podbił również moje serce? Oj tak! Dla mnie to peeling prawie idealny. Jest bardzo wydajny (używałam go tylko do twarzy), niebywale delikatny ale wystarczająco skuteczny na moje potrzeby. Pozostawia skórę dobrze oczyszczoną, miękką i nawilżoną. Nie jest to jednak produkt bez wad. Największy minus, to przede wszystkim brak dostępności w Polsce i wysoka cena. Przez to nie wiem, czy drugi raz się na niego skuszę. Poza tym bardzo trudno zużyć go w trzy miesiące i zawsze odrobina spada do umywalki w trakcie nakładania. Tu już oczywiście nieco się czepiam, ale z drugiej strony średnio mi się podoba fakt że to, czego nie uda mi się zużyć na twarzy w trzy miesiące, będzie musiało wylądować na innych partiach ciała.
Mimo wszystko dołączam do grona piejących z zachwytu, bo nie dość że kosmetyk ten robi dokładnie to o czym pisze producent, to jeszcze ma naturalny skład. Dlatego wybaczam mu powyższe wady i mogę go tylko polecać.
Zdjęcia: nanyangchronicle.ntu.edu.sg, lushusa.com