Bardzo spodobał mi się popularny u zagranicznych blogerek zwyczaj oceniania sklepów internetowych. Ja jednak skupię się głównie na mojej opinii dotyczącej funkcjonowania sklepu Missha znajdującego się w Poznaniu, w centrum handlowym King Cross Marcelin (o internetowym tylko nieco napomknę). Przede wszystkim piszę o tym dlatego, że to jedyna koreańska marka dostępna w Polsce stacjonarnie. Ponadto, nie należy ona do najtańszych, więc tym bardziej należałoby oczekiwać szczególnego traktowania klienta. Jak to wygląda w rzeczywistości?
Długo zastanawiałam się nad napisaniem tego posta, bo mam mieszane odczucia i nie chcę, żeby niektóre rzeczy były źle przez kogoś odebrane. Bardzo lubię markę Missha, znam ją od kilku lat i jedno mogę śmiało stwierdzić - trudno tam naciąć się na coś, co byłoby kompletnym bublem. Gdy tylko dowiedziałam się, że w moim mieście otwarto ich sklep, nie mogłam sobie odpuścić wizyty w nim. Przywitały mnie dwie panie - jedna szczególnie zapadła mi w pamięć, bo była dość gadatliwa i bardzo sympatyczna. Co chwila mnie uprzejmie zaczepiała, wypytywała, czy znam markę, a jeśli znam, to co polecam itd. Obie panie nie do końca orientowały się jeszcze w produktach, które sprzedawały ale uznałam - ok, to dopiero początek, wyrobią się. Niestety nie do końca tak się stało. Żeby nie było tak gorzko, może zacznijmy od pozytywów.
Sklep prezentuje się bardzo schludnie, prosto i dość nowocześnie. Wszystko jest ładnie wyeksponowane (żadnego azjatyckiego kiczu) i można pomacać dosłownie każdy kosmetyk, bo znajdują się przy nich testery. Na rynku azjatyckim to standard, a na naszym niekoniecznie, więc uważam że należy się za to duża pochwała.
![]() |
Sklep Misshy w Kanadzie, bardzo podobny wystrojem do tego w Poznaniu. |
Jako, że większość produktów ma opisy na opakowaniach po koreańsku i angielsku, dystrybutor zadbał o naklejki w języku polskim, z bardzo streszczonym opisem do czego służy dany produkt. Na półkach z pielęgnacją i wodami toaletowymi stoją etykietki, na których również jest napisane jakie działanie ma dana linia kosmetyków.
Kolejna pochwała należy się Misshy Polska za to, że dość szybko wprowadzają do sklepu stacjonarnego nowości, które dopiero co pojawiły się na rynku w Korei. Nawet u dystrybutorów zagranicznych nie ma jeszcze danego produktu, a w Polsce już jest dostępny. Cieszy mnie więc, że na nowości nie musimy długo czekać.
Bardzo ważnym dla mnie aspektem były przede wszystkim ceny. Krew mnie zalewa, gdy widzę wywindowane kwoty za azjatyckie kosmetyki w polskich sklepach internetowych, które chwalą się, że są dystrybutorami danej marki w kraju. Żyjemy w czasach, w których w kilka minut można sprawdzić za ile wonów sprzedaje swoje produkty producent w Korei Południowej i przeliczyć to sobie na polskie złote. Jak wypada Missha Polska? Ku memu zaskoczeniu świetnie. Ceny są praktycznie takie same, a mało tego w niektóre soboty obowiązuje -20% na cały asortyment. Na stronie internetowej też organizowane są od czasu do czasu różne promocje. Poza tym można wszystko obejrzeć na żywo, mieć gwarancję oryginalności kosmetyku i nie czekać aż przyślą go z Korei.
Następny pozytyw to próbki, które dostajemy przy każdych zakupach. Jeśli coś już miałyśmy, można bez problemu poprosić o inne. Tu najbardziej obawiałam się polskiej chciwości - w sklepach koreańskich klientki dostają masę próbek i gratisów przy zakupach. W poznańskim sklepie Misshy może nie jest tak obficie jak wtedy, gdy kupuję kosmetyki na Ebay-u, ale źle też nie jest. Muszę jednak zaznaczyć, że kiedy sklep był dość świeżo po otwarciu, dostawałam dużo więcej próbek i były bardziej różnorodne. Skoro już przeszłam do narzekania...
Rozumiem, że sklep Missha nie należy do najtańszych, ale wybiórcze naklejanie cen na opakowaniach jest co najmniej denerwujące. Szczególnie, że jedna pomadka może kosztować około 30 zł, a inna stojąca obok już 70 zł. Dokładnie to samo wkurza mnie w Sephorze, czy Douglasie. Ostatecznie zawsze muszę szukać opakowania, na którym jest cena, no bo przecież jeśli o nią spytam sprzedawcę, to pewnie pomyśli, że liczę każdy grosz i mnie na nic nie stać...(też tak macie?).
Najważniejsze jest jednak coś, co bardzo mnie irytuje i zniechęca do stacjonarnych zakupów - niekompetencja obsługi. Tak dla wyjaśnienia, fakt że jestem blogerką, piszę o kosmetykach i całkiem nieźle znam markę Missha nie oznacza, że oczekuję od pani pracującej w takim sklepie bycia dermatologiem, makijażystką, ani nawet tego żeby wiedziała o tym co sprzedaje prawie wszystkiego. Ale na miłość boską, brak wiedzy ekspedientek woła o pomstę do nieba. Jak już wspominałam wcześniej, dałam im duży kredyt zaufania, bo zaczynali, chociaż teoretycznie nie powinno mnie to w ogóle obchodzić. Jestem tylko klientem, mogę się nie znać, a te panie dostają pieniądze za pracę i powinny chociaż mniej więcej wiedzieć co sprzedają. Jedna miała potencjał, ale już w ogóle jej nie widuję. Każda kolejna sprzedawczyni, z którą miałam do czynienia (bez względu na porę zakupów) reprezentowała coraz gorszej jakości obsługę. Przykład? Pani próbuje wcisnąć mi kolejne pędzle do makijażu i chce się chyba popisać swoją wiedzą. Mówi mi, że tu jest taki fajny pędzelek do kremu BB lub podkładu z włosia naturalnego. Z daleka, nawet ktoś kto nie zna marki będzie widział, że to włosie syntetyczne. Nie trzeba do tego specjalistycznej wiedzy. Pomyślałam, że może pani się zdenerwowała i przypadkiem jej się tak chlapnęło. Niestety przy moich kolejnych wizytach zaczęłam stresować się zakupami coraz bardziej. A to dlatego, że np. następnym razem wróciłam do domu z podkładem zamiast z korektorem. Jeszcze będąc w sklepie podeszłam do kasy i poprosiłam ekspedientkę o "ten nowy korektor w czarnej tubce, z >>cover<< w nazwie, odcień nr 21". Pani zapakowała mi jakieś czarne pudełeczko do papierowej torebki, więc byłam przekonana że to produkt, o który mi chodziło. Wydaje mi się też, że każdy, kto zna język polski wiedziałby że nie mam na myśli podkładu kryjąco-matującego w sztyfcie, który (o zgrozo!) nijak się do mojej suchej skóry nie nadaje. Gdy odkryłam to w domu byłam strasznie wkurzona. Chodziło mi po głowie żeby tam wrócić i po prostu wymienić felerny produkt. Jednak jestem leniwa i przede wszystkim nie lubię robić afer, więc sobie odpuściłam. Znów pomyślałam, że może ja mam takiego pecha i to się normalnie nie zdarza. Potem byłam w sklepie Misshy z mamą i przerażona wcześniejszymi doświadczeniami, nerwowo sprawdzałam przy kasie, czy pomadka, którą mama wybrała to faktycznie ta, którą chciała. Ostatni przykład, to kiedy szłam już przygotowana, wiedziałam po co idę i ile to mniej więcej kosztuje. Planowałam też dokładnie sprawdzić odcień wybranego przeze mnie podkładu i czy wszystko się zgadza, zanim wyjdę ze sklepu. I znów proszę żeby podano mi ten nowy super lekki podkład w kolorze takim i takim. Specjalnie poszłam za panią, bo widziałam że chyba nie bardzo kojarzy o co mi chodzi. Oczywiście sięgnęła po coś kompletnie innego - podkład, który jest w sprzedaży od dawna i nie jest na nim napisane "super light". Obok stał ten, o który mi chodziło. Literki "super light" aż biły po oczach - niestety jedynie mnie, a nie kogoś kto powinien wiedzieć co sprzedaje. Pani się speszyła, potem okazało się przy kasie, że jest jakiś problem z ceną. Zaczęła się denerwować, sprawiała wrażenie że kompletnie nie wie co robi. Dodam jeszcze, że nie jestem z gatunku osób, które widocznie okazują swoją irytację, więc nie przeze mnie na pewno się denerwowała. W końcu udało się skasować podkład i przyszło do płacenia. Wcześniej pokazałam pani, że mam Kartę Stałego Klienta i spytałam czy to cena już ze zniżką. Ekspedientka pokiwała potulnie głową, powiedziała że tak i zadowolona opuściłam sklep z podkładem takim jak chciałam. Naiwnie myślałam, że wreszcie znalazłam receptę na niekompetentną obsługę i po prostu będę sama dokładnie sprawdzać zakupy przed wyjściem ze sklepu (absurd, prawda?). Jak bardzo się myliłam! Coś mnie podkusiło, żeby sprawdzić cenę na stronie internetowej, kiedy wróciłam do domu. Rabat dla stałego klienta wynosi 7%, a mimo okazania karty zapłaciłam za podkład cenę regularną, choć pani zapewniała mnie, że wliczyła obniżkę. I znów byłam wkurzona. Czy zdarzyło Wam się coś takiego w Sephorze lub Douglasie? Tam mają jeszcze większy asortyment, a jakoś nie miałam nigdy takich doświadczeń.
Ostatnia rzecz, za którą również należą się baty i po części wiąże się z niekompetencją sprzedawczyń jest absurd związany z Kartą Stałego Klienta. W regulaminie, który razem z nią dostałam jest wyraźnie napisane "Organizator wyklucza Uczestnika, jeżeli na jego Konto nie były dopisane Punkty przez okres co najmniej 18 miesięcy." Będąc w sklepie, przy każdych zakupach pokazuję kartę, a sprzedawczyni mówi mi, że nie jest potrzebna. Jakim cudem więc mam mieć na niej jakiekolwiek punkty?! Jeszcze się nie zdarzyło, żeby którakolwiek z ekspedientek przyłożyła moją kartę do jakiegokolwiek czytnika, choć jest na niej kod kreskowy i numer. I bądź tu człowieku mądry.
Nie wiem, czy taki stan rzeczy to wina pracowników, czy pracodawcy. Mam wrażenie, że panie tam pracujące nie są w prawidłowy sposób poinstruowane co i jak mają robić, ale może się mylę. Z drugiej strony kiedy wchodzę do sklepu, nie widzę nigdy osoby próbującej zaznajomić się z produktami stojącymi na półkach, tylko za każdym razem jakaś pani stoi przy kasie i tyle. Wątpię więc, że niewiedza sprzedawczyń wiąże się ze zbyt dużą ilością powierzonych im zadań. Nie widzę żadnego entuzjazmu, uśmiechu na ustach (nawet takiego wymuszonego), a już tym bardziej kompetencji. Sama pracowałam kilka lat w usługach i trudno mi na coś takiego przymknąć oko. Mi by było po prostu wstyd podejść do klienta i nawet nie wiedzieć co trzeba mu podać. Szczególnie w takim raczej dość ekskluzywnym sklepie, którego wiele Polek jeszcze nie zna i do którego powinno się przekonywać klientów a nie zniechęcać tych, którzy markę znają i lubią.
Na koniec dodam tylko obiecane wrażenia z zakupów on-line. Robiłam je tylko raz, więc nie jest to w pełni miarodajna opinia, ale może komuś się przyda. Wysyłka mojego zamówienia się opóźniała, więc spytałam o to na stronie Misshy na Facebook-u. Po jakimś czasie dostałam od nich wiadomość, potem jeszcze pracownica firmy dwa razy się ze mną kontaktowała. Tu się trochę zreflektowali, chociaż przez to opóźnienie też nie do końca spieszy mi się do zakupów on-line, bo ciągle mi chodzi po głowie co by było, gdybym nie upominała się o swoje. Na szczęście paczka dotarła, a w zamówieniu było wszystko jak trzeba. Ostatecznie więc niby nie ma na co narzekać.
Mimo wszystko nadal życzę marce jak najlepiej i pewnie będę od czasu do czasu coś kupować w ich sklepie stacjonarnym, ale głównie dlatego że mam do nich blisko i lubię ich produkty. Czy poleciłabym komuś sklep Misshy w King Crossie? Zdecydowanie nie. Nie wiem co polski dystrybutor robi nie tak, że obsługa jest w tak dużym stopniu niekompetentna, ale mam nadzieję że to się jak najszybciej zmieni, bo nie wiem ile jeszcze zniesie moja cierpliwość.
Więcej zdjęć sklepu i nieco inną opinię możecie podejrzeć na blogu Wade Ashore - KLIK.
EDIT:
Niestety przy ostatnim zakupie nie dostałam już żadnych próbek. Nawet nikt mnie o to nie spytał. Sklep stacjonarny i internetowy też nie jest obecnie na bieżąco z nowościami - wprowadzają zaledwie ich część i z dużym opóźnieniem.
Zdjęcie: bntnews.co.uk